I-”Potęga obróbki.”

•25 Lipiec 2009 • 4 komentarzy

Nie wszystko jest względne, czyli skąd pomysł?

Już od dawna wiem, że moim rozmyślaniom sprzyja szum laptopa i para unosząca się nad kubkiem z kawą. Pewnie ktoś powie, że to kwestia przyzwyczajenia, ale ja wiem swoje – dobroczynne promieniowanie ekranu, wspomaga pracę moich szarych komórek. Bez niego – są tylko galaretką, spoczywającą pod sklepieniem czaszki, w towarzystwie opon mózgowych. Nie, tematem tego tekstu nie są rozważania poświęcone moim zdolnościom umysłowym. Istotny jest tu laptop, bo to dzięki niemu, dopadła mnie inspiracja na stworzenie działu Okiem Amatora.
Przeglądając kolejne galerie zdjęć, zawodowców i amatorów, kolejne portale poświęcone fotografii, zastanowiła mnie jedna rzecz – dlaczego nikt nie pisze o estetyce w rzeczonej dziedzinie sztuki? Pewnie Rodziciel mój ma rację, łatwiej roztrząsać po raz setny zagadnienie techniki, która jest elementem prawie matematycznym w sztuce, a zwłaszcza w fotografii, a co za tym idzie – opierająca się na prostych i zrozumiałych zasadach. Gorzej jest z estetyką. Niejeden powie – estetyka to rzecz względna. Może i względna, ale nie zawsze. Bo z estetyką jest jak z kiczem – wszyscy się wykłócają, że nie można niczego zaszufladkować jako kicz, bo to jest „pojęcie względne”, a tymczasem, jakby zrobić ankietę w dziesięciu różnych krajach, rozrzuconych po całym świecie, z pytaniem, co jego mieszkańcy uważają za kicz, uzyskalibyśmy wiele identycznych odpowiedzi. Tak samo jest z estetyką – nie wszystko jest względne.
Dlatego też, jako gówniarz-amator, zajmujący się kilkoma dziedzinami sztuki naraz, od rysunku, przez grafikę komputerową i fotografię, aż po haft artystyczny i malowanie jaj na Wielkanoc, doszłam do wniosku, że stworzę dział Okiem Amatora, w którym zamieszczać będę moje przemyślenia na temat wizualnej, i nie tylko, strony sztuki.

I – „Potęga obróbki.”

Jednym, mocarnym kliknięciem myszki, otwieram kolejny, hermetyczny „świat” pełen barw i kształtów. Kolejny „świat”, który mówi mi, że jego twórca, albo miał jakieś kompleksy związane ze swoją twórczością, albo za bardzo się rozczulił, podczas zabawy z programem typu Photoshop. „Świat” ten, jak wiele innych, nosi wdzięczną nazwę: „Moja galeria”, bądź „Moja twórczość”, tudzież „Profil Yyy”, ewentualnie „Zdjęcia Xxx”. O ile do trzech początkowych nazw zastrzeżeń nie mam, to ta ostatnia wydobywa z głębin mojej czaszki pytanie: czy to co widzę, ma jeszcze, oprócz nazwy „świata”, w którym się znalazło, coś wspólnego ze zdjęciami?

Małe możliwości, wielkie…programy.

Popularność fotografia zdobyła całkiem niedawno, w momencie, gdy aparaty cyfrowe wyparły ciemnie fotograficzne, oraz koszty związane z wywoływaniem zdjęć. Obecnie, zwykły aparat cyfrowy, tak zwany kompakt, sprzętem szczególnie poważanym nie jest, bo o żadnych wielkich możliwościach tych maleństw mówić nie można – zwyczajna maszynka, do robienia zdjęć dzieciakom, biegającym z buziami ubrudzonymi czekoladą. Zdjęć, które w żadnym konkursie nie zdobędą pierwszego miejsca, ani nie pojawią się na łamach pisma fotograficznego.
Z doświadczenia wiem, że od takich podrabianych w Korei kompaktów i albumowych zdjęć dzieciaków z dodatkiem czekolady, zaczyna się romans z fotografią, kończący się najczęściej dożywotnim związkiem. Pojawia się jednak problem – owa beznadziejna jakość zdjęć, dotkliwa zwłaszcza przy konfrontacji z nawet najbardziej prymitywną lustrzanką. Nie każdy dysponuje sumą pieniędzy, która wystarczyłaby na zakup chociażby podstawowego wyposażenia fotografa – body, standardowego obiektywu, pokrowca i może kilku filtrów. Wówczas, wielką pomocą dla takiego amatora zabaw z aparatem, są programy graficzne. Nie mam tutaj na myśli koniecznie Photoshopa, bo za jego cenę, można się zaopatrzyć w całkiem niezłą lustrzankę, ale o darmowych programach typu GIMP, które pozwalają na obróbkę fotografii.
W porównaniu z cyfrówką, możliwości programów graficznych są wręcz kolosalne – wystarczy przesunięcie paru suwaków i otrzymujemy efekt, o niebo lepszy niż to co zaoferował nam nasz aparat. Oczywiście nie wyeliminuje się wszystkich „cyfrowych przypadłości” na jakie cierpi nasze zdjęcie, ale możemy sprawić, że będą one o wiele łatwiejsze w odbiorze. Na przykład kadrowanie zdjęć wykonanych aparatem cyfrowym jest bardzo ograniczone, wiąże się ze znacznym pogorszeniem jakości, nawet przy niewielkich cięciach, ale paroma dodatkowymi opcjami, typu maska wyostrzająca czy kontrast możemy to ukryć, pod warstwą obróbki. I tutaj pojawia się zagadnienie, którego problem chcę poruszyć.

Co za dużo, to niezdrowo…

Z obróbką jest jak z makijażem – nadmiar od razu rzuca się w oczy. Przy „naprawianiu” jakości zdjęcia trzeba być bardzo ostrożnym, pamiętać chociażby o tak banalnym aspekcie, jak różnice w wyświetlanym obrazie na poszczególnych monitorach. Te różnice można zauważyć już w momencie porównania zdjęcia na wyświetlaczu aparatu, na monitorze komputera i po jego wywołaniu, bądź wydrukowaniu. To zjawisko świetnie opisuje pan Krzysztof Karoń w rozdziale „Przekłamania koloru”, w książce „Color Management. Teoria i praktyka”, więc ja się w nie zagłębiać nie będę. Mówiąc ogólnie – na moim monitorze zdjęcie może wyglądać dobrze, na innym być nieco ciemniejsze, bądź jaśniejsze.
Najczęściej stosuje się narzędzie kontrastu – świetnie pogłębia kolory, przez co zdjęcie jest ciekawsze wizualnie. Lekka maska wyostrzająca, bądź efekt wyblaknięcia kolorów, konwersja na odcienie szarości, dla bardziej zaawansowanych, zabawa z progowaniem – i nasze zdjęcie zaczyna „żyć”. Gorzej, kiedy podczas „reanimacji” ktoś się nieco zagalopuje – wówczas łatwo uzyska, nie wiedzieć czemu modnego obecnie, „fotograficznego topielca”. Czyli nic innego jak zdjęcie, które utonęło w nadmiarze obróbki, razi sztucznością, a bardzo często, także niechlujnym wykonaniem. Szczerze mówiąc, nie wiem czy taki twór nazywać jeszcze zdjęciem, czy może już grafiką. I pewnie nigdy się nie dowiem.

Jak białe kozaczki.

Białe kozaki stały się symbolem kiczu w modzie. I tak, jak nikt mi nie wmówi, że dobrze zaaranżowane białe kozaczki, cokolwiek miałoby to oznaczać, będą ładne, tak samo nikt mi nie wmówi, że pewne cechy obróbki upiększają zdjęcie.
Dość popularnym efektem, i przyznaję, że bardzo ładnym, są wyblakłe kolory. Nie zdjęcie w trybie monochromatycznym, tylko w przygaszonym sRGB. Jest to efekt uzyskiwany w programach graficznych, jeszcze się nie spotkałam z lustrzanką, która dałaby nam taką możliwość. Chyba, że poeksperymentowalibyśmy z jasnością i ręcznym balansem bieli, aczkolwiek, czy wyjdzie nam to samo – nie wiem. Niestety, dzisiejsza młodzież, bo jakoś u osób, które już zakończyły okres dojrzewania tego nie zauważyłam, ma dziwny zwyczaj łączyć te wyblakłe kolory z nadzwyczaj mocnym i zupełnie do nich niepasującym kontrastem, przepaleniami, dziwacznymi efektami uzyskiwanymi w Photoshopie, typu glitche w kształcie kwiatków, gwiazdek i innych małych szczeniaczków, a na dodatek z fatalną kompozycją samego zdjęcia. Efekt jest tak sztuczny, że aż trudno uwierzyć, że ktoś jeszcze nazywa to zdjęciem.
Inna sprawa to, monochromat, ale zastosowany nie tam gdzie powinien. Często się spotykam ze zdjęciami kawałka pola, bądź szosy, w trybie monochromatycznym, do tego nieco rozmazane i zaszumione. Świetnie, mamy imitację starego zdjęcia, ale co z tego? Ponownie – przerost formy nad treścią.
Poza tym, niektórym chyba trudno zrozumieć, że pewne zdjęcia po prostu na monochromat się nie nadają. Sama jestem fanką monochromatycznych zdjęć, ale niektórzy zapominają, że takie zdjęcia, oprócz dużego kontrastu, muszą też nieść ze sobą spory ładunek emocjonalny, przekazany nie w kolorze, bo jego się przecież pozbywamy, a w sfotografowanym obiekcie. Zasada trudna i wiecznie ignorowana.
Oglądając coraz więcej galerii, zawierających takie photoshopowe twory, dochodzę do wniosku, że kiczowata obróbka, stała się zasłoną dla braków w umiejętnościach, czy nawet całkowitego braku talentu. Nie wspominam już nawet o czymś takim jak fatalne dobranie kolorów, którymi barwione są zdjęcia, bo kto na przykład widział niebieską trawę? Taki zabieg jest moim zdaniem niczym innym, jak próbą odwrócenia uwagi od niedociągnięć w kompozycji.

Podsumowując.

W zasadzie po co o tym pisać? Nieumiejętnie zrobione zdjęcie, czy wszelkie niedociągnięcia i braki w umiejętnościach, przez profesjonalistę zostaną natychmiast dostrzeżone – czym się tu przejmować? Mnie to osobiście razi z dwóch powodów:
Po pierwsze, to promuje kicz i rozpowszechnia przekonanie, że każdy może być artystą, a to czy ma talent, to już sprawa mało istotna. Osobiście uważam, że jest inaczej, choć pewnie pojawią się tacy, którzy mnie za to zlinczują, i dla mnie, liczy się przede wszystkim talent, poczucie estetyki. Tak, wiem, jestem rasistką, Żydówką, masonką i nie wiem kim tam jeszcze, ale takie jest moje zdanie – odebrać sztukę Masie, bo Masa sprowadza ją do swojego poziomu.
Po drugie, to naprawdę godzi w twórczość ludzi, którzy zdjęcia robią bardzo dobrze, a brakuje im sprzętu, bądź umiejętności w posługiwaniu się programami graficznymi. Ile razy widziałam dobre zdjęcie, naprawdę warte uwagi, a zignorowane, bo wizualnie, w sensie, na przykład, nasycenia kolorów, było nieciekawe. Takie potraktowanie odbiera utalentowanym ludziom, zwłaszcza młodym, chęci i motywację. Zwłaszcza, kiedy sami widzą że promowane są zdjęcia, nie mające w sobie żadnej wartości artystycznej, poza sztuczną głębią ostrości, czy przesadzonym kontrastem.
Oczywiście, ktoś kto się na tym zna, dostrzeże różnicę. Tyle, że obecnie twórczość amatorów trafia do ludzi, którzy na ogół kompletnie nie mają pojęcia o sztuce. I jak tu walczyć z nadmiarem kiczowatej obróbki?

Zmiany graficzno-polityczne nadchodzą.

•27 Czerwiec 2009 • 1 komentarz

W związku z tym, że ostatnio skupiłam się bardziej na Lierr i jej fanaberiach, wszelkie teksty z zawartością owej elfki znikną z IGT. Od teraz, historia Lierry zacznie egzystować pod jakże szumnym tytułem – „Czwarta Era” – na osobnym blogu. Blog znajduje się na serwerze Yggdrasil.pl, będącym ni mniej, ni więcej inkarnacją WordPressa stworzoną przez i dla fantastów.
Zapanuje też porządek w pozostałych kategoriach, opowiadania zostaną posegregowane, niektóre zostaną wyrzucone do czasu ich przeredagowania [m.in. taki los spotka "Dzikie Jabłonie]. Pracuję też nad logiem, które niebawem zawiśnie tam u góry, zamiast tych kolorowych maziajów. Nie wiem co jeszcze zrobię z „Tuulą”, ale na razie pozostanie w takiej formie jak teraz.
To by było na tyle. Adres bloga „Czwartej Ery” to www.czwartaera.yggdrasil.pl. Znajdzie się on w panelu z linkami na IGT, więc kłopotu z dostaniem się na niego nie będzie.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.