Mit o nadziei.

Przychodził taki czas, kiedy wychylała się ze swojej skorupki.
Działo się to zawsze podczas deszczu. Kap, kap, kap, ogromne krople
wdzierały się do jej myśli, wygryzając to co zbędne, pozostawiając
tylko pustkę. Pustkę, w której miało zakiełkować nowe ziarno, tym
razem lepsze, promieniujące ciepłem, które miało ją ogrzewać i
wypełniać. Ale zawsze, kiedy z ziarna wykiełkował nowy świat,
okazywało się ono nowotworem, przenikającym do najdrobniejszej
cząstki duszy i ciała. Nazywała to wędrówką, bo w istocie
wędrowała. Wędrowała po bezdrożach, po zakamarkach skazanych na
wieczne obrastanie kurzem. Aż w końcu sama przeistaczała się w pył,
ponownie zamknięty w skorupce.
Zawsze powtarzała, że kurz był Nadzieją. Ale tak jak każdy inny
objaw niezdrowej Radości, tak i Nadzieja musiała zostać
odepchnięta. Zabrakło rąk, które mogłyby chwycić ją w objęcia,
zabrakło słów szeptanych w cichą i przerażającą noc. Dlatego też
Nadzieja, podstawa każdego najlichszego nawet umysłu, jak stary
fundament zaczęła pękać i rozsypywać się w proch. Proch, który stał
się kurzem, przylegającym do białych powierzchni Życia i Zaświatów.
Bo dawno straciliśmy nadzieję, na zrozumienie któregoś z nich.

Wyszła. Stara łupinka leżała nieopodal, przypominając jej, że u
kresu wędrówki zostanie zamknięta w kolejnej, nowej łupince.
Rozprostowała ręce, wyciągając je do słońca. Rdzawe włosy okalały
bladą twarz, opuchnięte powieki osłaniały ciemne oczy. Cynamon.
Zrobiła kilka niepewnych kroków, za każdym razem zapuszczając
korzenie wgłąb Matki. Nie zwracała uwagi na duszący korzenny zapach
jaki ją otaczał, ani na szorstkie dłonie odrywające kolejne kawałki
jej ciała. Po prostu szła. Musiała iść, choć już wiele razy
podróżowała tą samą Drogą. To była kara. Pokuta za utratę Nadziei,
bo bez Nadziei nie mogła istnieć, nie mogła być niczym więcej jak
tylko chwastem, któremu odebrano prawo do własnego miejsca w
ramionach Matki.

Droga była prosta i biała. Nie była ani z kamienia, ani z cegły.
Nie tworzyły jej żadne płyty czy kafle. Zwyczajnie biegła,
rozgraniczając świat Przed i Po. W niektórych miejscach pojawiły
się pęknięcia, otwierające bezdenną przepaść, do której wpadali ci,
którzy zbyt wcześnie przeprawiali się na drugą stronę Drogi, albo
zawracali, chcąc połączyć obie jej strony. Ale Droga na to nie
pozwalała, broniła sensu swego istnienia. Bo przecież nie byłaby
potrzebna, gdyby ktoś sprowadził Niemych z powrotem do świata
Przed, a Ślepi chadzaliby swobodnie po świecie Po, nieprawdaż?

Szła jak zawsze, wyciągając smukłe ręce przed siebie. Była jedną z
niewielu istot, którym dane było podróżować Drogą Pomiędzy
Światami. Zwykły człowiek nie mógł tego dokonać, widział zbyt mało,
a niszczył zbyt wiele. By podróżować Drogą trzeba było być
Cynamonem. Być Zrozumieniem. Zrozumieniem, trzymającym w palcach
kruche Współczucie i Wiarę, aspekty człowieczeństwa tak ulotne, że
większość ludzi w swoim życiu poczuła tylko ich lekkie muśnięcie.
Dlatego mogła stąpać po Drodze, z niebywałą łatwością pokonywać
rozpadliny i pęknięcia.

Pierwszym miejscem, które zawsze pokonywała podczas swojej podróży
było Przejście. Otwierało się ono drzwiami po stronie świata Przed
i zamykało drzwiami po stronie świata Po. W tym miejscu
powierzchnia Drogi była całkowicie zniszczona, a nad ogromną
szczeliną unosił się maleńki Zlepek Ludzkich Lęków. Tak nazwali go
ludzie, dlatego że przynosił im strach, ból i rozpacz. Zlepek
Ludzkich Lęków w odpowiednim momencie otwierał drzwi po stronie
świata Przed i przeprowadzał Wędrowca przez Salę Luster. Dopiero
kiedy Wędrowiec wyzbył się lęku przed nieuniknionym, mógł wyjść na
Drogę i przejść na jej drugą stronę. Wówczas Zlepek Ludzkich Lęków
otwierał drzwi po stronie świata Po i pilnował by Wędrowiec nie
zawrócił.
Ominęła Zlepek Ludzkich Lęków szerokim łukiem. Chociaż była istotą
wybraną by podróżować Drogą, mogła zostać wysłana do świata Po,
gdyby okazało się, że była nieostrożna.

Drugim miejscem było Światło Rozdzielenia. Cienka smuga, na pozór
przypominająca smugę światła przecinała Drogę w poprzek. Gdy
Cynamon znalazł się przy niej, materia otaczająca Drogę i oba
światy zgęstniała. Wibrująca Rozpacz, rozrywała wszystko dookoła.
Rozpacz za Wędrowcami, szczególnie niebezpieczna dla Zrozumienia.
Rozpacz zadająca śmiertelny cios Nadziei i Szansie. Rozpacz tak
bliska i jednocześnie obca człowieczeństwu, doprowadzająca do
obłędu, popychająca prosto w przepaść.
I to miejsce pokonała bez problemu.

Trzecim, ostatnim miejscem była Nić Mistycyzmu. W rzeczywistości
twór ten przypominał pajęczynę, a każda z tworzących ją nitek
przewodziła potężne wibracje ze świata Przed do świata Po i na
odwrót. Nić Mistycyzmu była jedynym łącznikiem między obydwoma
światami. Pozwalała na porozumiewanie się między Ślepymi, a
Niemymi. Oczywiście kontakt ten był utrudniony, tylko nielicznym
udawało się przywołać iluzję, kiepską kopię Wędrowców, którzy
trafili do świata Po.
Ostrożnie, by nie zerwać żadnej z nici, przeszła przez Nić
Mistycyzmu i brodząc w gęstym kurzu, ruszyła przed siebie.

Skorupka już czekała, mała i brunatna jak serce Matki. Wokół
skorupki, jak zawsze falował tłum Źle Myślących. Skuliła się,
wiedziała, że za chwile na jej drobne ramiona i plecy posypią się
ciosy, uderzenia pełne Złości, Strachu i Odrzucenia. Wiedziała, że
za chwilę znowu spocznie w skorupce odizolowana od reszty. Znowu
oskarżona o unicestwienie Nadziei. I znowu zaszyją jej wargi, by
nie mogła wydobyć z siebie słów na obronę. Bo przecież jak mogła
zabić Nadzieję? Nadzieję, która jej samej była potrzebna by żyć, by
ułożyć się w każdym, nawet najsłabszym umyśle. A może właśnie
przede wszystkim w szukała schronienia w słabych ludziach? Przecież
to oni najbardziej jej potrzebowali. Potrzebowali
Zrozumienia. Potrzebowali Cynamonu… flo.jpg

~ - autor: Marta w dniu 11 grudzień 2008.

Odpowiedzi: 3 to “Mit o nadziei.”

  1. Genialne.

  2. Agreed.

  3. Nie żebym kiedykolwiek w to wątpiła, ale ty naprawdę masz talent literacki…
    Obyś go nie zmarnowała.

Dodaj komentarz