Dzikie Jabłonie

Dzień chylił się ku końcowi, żegnając grupę wędrowców rzęsistym deszczem. Na szczęście, znajdowali się już na zakręcie wąskiej, błotnistej drogi, a tuż za nim leżała niewielka Wieś, do której zmierzali. Otaczało ich kilka niewielkich lasków, tworzących coś w rodzaju pierścienia wokół Wsi i jej okolicy. Ta naturalna bariera ochronna, sprawdzała się jedynie, gdy cały świat spowijały mroki średniowiecza i nikt nie był pewien czy dożyje jutra. Obecnie, las był tylko kłopotliwą izolacją od reszty leżących w hrabstwie wiosek. Mimo wszystko mieszkańcy przyzwyczaili się do życia na odludziu i za nic w świecie, nie wyprowadziliby się ze swojej rodzinnej wsi.
Koła wozu co chwilę grzęzły w błocie, spowalniając podróż. Na szczęście zimnokrwisty wałach pana Hamthona, z pomocą Boga i bata, parł naprzód, choć i jego nogi nurzały się po pęciny w bagnie, w jakie przemieniła się droga. Pan Hampthon siedział na koźle okryty przemoczoną peleryną i nawet w obliczu tak paskudnej pogody, nie tracił humoru. Do uszu siedzącej na wozie Nadine, przez szum ulewy, docierało wesołe pogwizdywanie pana Hampthona. Jego żona natomiast, dzieląca z Nadine tył wozu, dla odmiany złorzeczyła na niemiłosiernego Boga.
Nadine była zwyczajną dziewczyną o przeciętnej urodzie. Długie, ciemnoblond włosy opadały jej na ramiona delikatnymi falami, a zielone oczy spoglądały na świat z, niezwykłą dla kobiety owych czasów, bystrością. Zresztą, to właśnie oczy odróżniały Nadine od tysięcy podobnych dziewcząt. I oprócz tych oczu, Nadine nie miała niczego. Jej długa podróż właśnie miała się zakończyć. Rozpoczęła ją w rodzinnej miejscowości, jeżeli rodzinną można nazwać tę, w której znajdował się dom dziecka, a miała zakończyć ją tutaj: w małej wsi na obrzeżach hrabstwa Rutland. Poza tym Nadine miała dar i właśnie z tego powodu znalazła się tutaj. Dar, który pozwalał jej działać tam, gdzie zdrowy rozsądek i logika zawodziły.
Pani Hampthon poprawiła pelerynę, która zsunęła się z ramion Nadine. Dziewczyna była nieco zakłopotana zachowaniem leciwej damy, nie przywykła do tego, by ktokolwiek się o nią troszczył. A pani Hamthon robiła to od samego początku, od momentu, w którym odebrała ją wraz z mężem z dworca. Nadine wolała nie myśleć o tym, że staruszka po prostu jej współczuje z powodu utraconego dzieciństwa, spędzonego w zatęchłych murach sierocińca. Dziewczyna nienawidziła, gdy ktoś okazywał jej litość, czy współczucie. Bo jakże niewiele dzieli te uczucia od wzgardy i słów: biedactwo, po co ty w ogóle istniejesz?
Na horyzoncie pojawiły się pierwsze budynki Wsi. Osłonięte lasem, w gęstniejącym mroku, sprawiały wrażenie szarych i ponurych – nie przypadły Nadine do gustu. Za bardzo przywodziły na myśl obdrapane z farby ściany ciasnych pokoi w domu dziecka, gryzące koce i brejowatą papkę, która nigdy nie chciała przejść jej przez gardło. Wspomnienia…
Wóz powoli wtoczył się do Wioski. W niektórych oknach, Nadine dostrzegła ciekawskie twarze, jednak nigdzie nie paliło się żadne światło. Wieś pogrążona była w mroku, zupełnie jakby koniec dnia oznaczał koniec życia, wszystko stawało się martwe i ciche. Wjechali na małe podwórko, z którym deszcz obszedł się równie okrutnie – gdzie nie spojrzeć, zalegała woda odbijająca rozgwieżdżone niebo. Pan Hampthon rzucił lejce młodemu mężczyźnie, który nagle wyłonił się z mroku i zeskoczył z kozła. Pomógł żonie i Nadine zejść z wozu i zabrał bagaże dziewczyny. Młodzieniec zaś, rozprzągł konia i poprowadził go w ciemność. W drzwiach domu powitała gości kobieta trzymająca lampę oliwną w jednej ręce, drugą zaś przytrzymywała za ramię dziewczynkę.
- Jesteście… – kobieta westchnęła z ulgą i przepuściła ich by weszli do środka. Mała dziewczynka przyglądała się Nadine nieufnie.
Izba, w której się znaleźli była niska i wąska, stała w niej tylko ława, na której można było usiąść by zzuć buty i położyć płaszcz. Ściany pomalowane były soczyście żółtą farbą, może niezgodnie z obowiązującą modą, ale na pewno sprawiały, że pomieszczenie stawało się bardziej przytulne, choć pełniło jedynie funkcje sieni. Dalej, typowo dla wiejskich domów, znajdowała się kuchnia. W piecu wesoło trzaskał ogień, więc Nadine z zadowoleniem przyjęła zaproszenie, by usiąść przy stole i się ogrzać. Pan Hampthon tymczasem, ze sporego, misternie zdobionego kredensu wyciągnął butelkę brandy.
- Łyknie sobie panienka? – zapytał staruszek stawiając na stole butelkę i kilka szklanek. Pani Hampthon posłała mężowi piorunujące spojrzenie. No tak, młodej damie, nie wypada proponować alkoholu.
- Chętnie. I proszę do mnie mówić Nadine.
Kolejny powód, by wstydzić się swojego pochodzenia. Nadine nie miała nazwiska, w sierocińcu nazywano ją Szaloną Nadine. Ale czy jest to miano, którym można się szczycić?
Dziewczyna przyglądała się, jak pan Hampthon nalewa brandy do szklanek i wzięła jedną z nich. Alkohol był mocny, piekł w usta i gardło. Nadine nigdy nie rozumiała rozdygotanych księży i siostrzyczek zakonnych, zabraniających picia alkoholu, pod karą mąk piekielnych. Przecież nic tak nie orzeźwiało umysłu, jak szklaneczka czegoś mocniejszego.
Pani Hampthon tymczasem, wcisnęła Nadine kromkę chleba z powidłami domowej roboty, a młoda kobieta zniknęła w głębi domu. Pan Hampthon usiadł na przeciwko Nadine.
- Poczekamy tylko na Annę i Herbiego – pani Hampthon z ciężkim westchnieniem opadła na krzesło obok męża – Anna to nasza córka
- A Herbie to jej mąż – wtrącił pan Hampthon.
Nadine domyśliła się tego, widząc niezwykłe podobieństwo między Anną, a jej matką. Obie miały takie same błękitne oczy i opadające powieki, nadające im wygląd poczciwego spaniela.
Do kuchni wróciła Anna, a zaraz potem jej mąż. Oboje zajęli miejsca i Nadine z niecierpliwością czekała aż wyjaśnią jej, po co dokładnie tutaj przyjechała.
Nadine od dawna otrzymywała listy z prośbą o pomoc tam, gdzie problem przekraczał możliwości ludzkiego pojmowania. Za każdym razem nie namyślała się długo, tylko pakowała torbę i jechała by ów problem rozwiązać. Tak to jest, że kiedy człowiek posiada jakiś szczególny dar, ma też poczucie, że los popchnie go w drogę do miejsca, w którym będzie mógł ten dar w pełni wykorzystać. I mimo, że Nadine przeczuwała, że los nie obejdzie się z nią łaskawie, była gotowa, by podążać każdą z wyznaczonych ścieżek. Podobnie było w tym przypadku, nie minęło pół godziny od otrzymania listu napisanego przez panią Hampthon, a Nadine była już gotowa do drogi.
Pani Hampthon skinęła w milczeniu na Annę. Kobieta zaczęła opowiadać.
- Od jakiegoś czasu w okolicy, w tajemniczej mgle, zaczynają ginąć dzieci
- Każde dziecko, czy na przykład tylko dziewczynki? – wtrąciła się Nadine – To bardzo istotne – dodała, widząc urażoną minę Anny.
- Tak. To znaczy, nie. Nie wszystkie. Tylko dziewczynki – zerknęła spłoszona na męża – Ośmioletnie, jak nasza Cecily.
Nadine przez chwilę przyglądała się każdemu z osobna: zerknęła na przerzedzone, kruczoczarne włosy Herbiego, na zmęczone oczy pana Hampthona, na starczą dłoń jego żony, poprawiającej włosy, w końcu na cienkie, ciemne włosy Anny, spięte w ciasny kok.
- Czy w okolicy nie mieszka ktoś… – Nadine zawahała się, próbując znaleźć delikatne słowo, którym mogła wyrazić to, co chciała – Ktoś dziwny? Dziwnie się zachowujący?
- Nie – pokręcił głową Herbie. Nadine zaskoczył jego głęboki głos, niepasujący do jego nijakiego, szarego wyglądu – Żaden człowiek tego nie dokonał. Poza tym, dzieci ginął w regularnych odstępach, w nienaturalnej mgle.
- Co jest w niej takiego nienaturalnego?
- Sploty.
Nadine zamrugała. O czymś takim jeszcze nie słyszała.
- Jakie sploty?
- Takie jak w tkaninie… Mgła wygląda tak jakby ktoś ją tkał – Herbie zaśmiał się nerwowo i wymuszenie – Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak jest…
- Życie nauczyło mnie panie… – Nadine zawiesiła głos, patrząc pytająco na Herbiego.
- Roughe. Herbie Roughe.
- Życie nauczyło mnie panie Roughe, że coś takiego jak absurd – nie istnieje. Czy jest coś jeszcze, co chcieliby państwo mi powiedzieć?
Pan Hampthon podrapał się po zarośniętych policzkach. Nagle w jego oczy błysnęły, jak u człowieka, który właśnie coś sobie przypomniał.
- Tak! Niektórzy mawiają, że w tej mgle, to widzą postać – staruszek uniusł w górę palec.
- Jaką postać?
Staruszek wzruszył ramionami.
- A bo ja wiem? Zjawa jaka, czy co?
- Rozumiem – Nadine splotła palce i wbiła wzrok w blat stołu. Zadanie mogło być bardziej skomplikowane, niż jej się wcześniej zdawało. Szczególnie, jeżeli mieszkańcy Wsi będą oczekiwać, że przyprowadzi im zaginione dzieci.
- Panienka Nadine na pewno jest już zmęczona – Anna wstała od stołu – Zaprowadzę panienkę do jej izby.
Nadine posłusznie ruszyła za Anną. Kobieta poprowadziła ją na piętro, potem na poddasze. Gdy weszły na strych, Nadine zobaczyła stare łóżko, zapewne stanowiące komplet z kredensem z kuchni, teraz zasłane świeżą pościelą. Na niewysokiej etażerce, ktoś postawił lampę oliwną. Pani Hampthon, w przypływie dobrej woli, zostawiła też parę książek. Nadine uśmiechnęła się pod nosem. Skąd staruszka wiedziała, że Nadine uwielbia książki?
Anna, zanim odeszła, złapała Nadine za rękę. Nie musiała nic mówić, by dziewczyna w tym geście rozpoznała strach i bezradność.
- Panienko Nadine – zaczęła Anna, a w jej oczach zalśniły łzy – W panience nasza jedyna nadzieja. Cecily ma dopiero osiem lat…
Nadine ścisnęła uspokajająco dłoń kobiety. Słowa nie miały tu sensu, gest musial wystarczyć. Dziewczyna dobrze wiedziała, że teraz wszystko zależy od niej.

Następnego dnia, pani Hampthon poprosiła syna sąsiadów, by zaprowadził Nadine w miejsce, w którym ginęły dziewczynki. Dziewczyna bardzo cieszyła się z towarzystwa Normana. To co ją czekało, nie nastrajało pozytywnie, a Norman był człowiekiem bardzo sympatycznym i gadatliwym – skutecznie odciągał Nadine od ponurych myśli.
Na pierwszy rzut oka Norman był w wieku Nadine i w rodzinnej wiosce musiał uchodzić za dziwaka. Wbrew modzie, która docierała nawet do maleńkich i ubogich wiosek, nosił długie prawie do pasa włosy i skórzany kubrak obszyty futrem. Nadine odniosła wrażenie, że Norman też czytał legendy o tajemniczych przybyszach z krajów północy i postanowił się do nich upodobnić.
Szli wąską, polną dróżką, która przecinała na pół całą wioskę i ginęła w jednym z pomniejszych lasów, by potem skręcić nieco na północ, w kierunku niewielkich wzgórz. Dzieci ginęły dokładnie na końcu wioski, około mili za ostatnim domem. Norman, który widział mgłę, a nawet czającą się w niej postać, mówił, że sprawia to makabryczne wrażenie. Zupełnie jakby za wioską otwierały się wrota do innego świata. Chłopak nawet się nie domyślał, że ma sporo racji.
Niestety poszukiwania nie dały rezultatu. Nadine przeszukała każdy krzak, każdą jamę w ziemi, lecz niczego nie znalazła. Szukała przede wszystkim strzępów ubrań, krwi, śladów, które świadczyłyby, że dzieci znikały w sposób naturalny i żadna nieczysta siła nie brała w tym udziału. Norman okazał się być nie tylko miłym towarzyszem, ale także uważniejszym obserwatorem. To on, po kilku godzinach bezowocnego przeszukiwania okolicy w promieniu kilku mil, gdy już wracali do wioski, zauważył ślady stóp. Ślady urywające się nagle, w jednym miejscu. Tak, jakby to co porywało dzieci, pojawiało się tylko tam.
- Czy coś się tu kiedyś znajdowało? – Nadine wyprostowała się i zerknęła na Normana – Jakiś budynek? Posąg?
Chłopak zamyślił się na moment.
- Nie, raczej nie. Chociaż… Tak! Tutaj kiedyś stał dom, ale prawie całkowicie spłoną w pożarze. Pozostałości po nim rozebrano.
- Odpocznijmy chwilę, muszę pomyśleć.
Usiedli na ziemi, tak by nie zatrzeć śladów. Od wsi oddzielała ich alejka obsadzona jabłoniami, które przez lata zdziczały i mocno się rozrosły. Jak to dzikie jabłonie, obrodziły niewielkimi, mało apetycznie wyglądającymi owocami. Nadine wyobrażała sobie, że muszą być bardzo kwaśne. Lubiła kwaśne jabłka, może dlatego, że wspinaczka na dziką jabłoń i zjadanie jej jabłek, były jedynymi przyjemnymi chwilami w jej życiu. Dziewczyna doszła też do wniosku, że alejka musi być pozostałością po tamtym spalonym domu.
Norman siedział obok Nadine i opowiadał jej historię wioski. Dziewczyna nie słuchała, pogrążona we własnych myślach, jednak zachowywała pozory i potakiwała od czasu do czasu. Spojrzała na Normana. Dopiero teraz dostrzegła, że jest całkiem przystojnym mężczyzną. Nadine zawsze żyła w samotności, odizolowana od reszty społeczeństwa. Doskonale wiedziała, że to wina jej zdolności. Inni może nazwaliby je przekleństwem, ale Nadine uważała je za najpiękniejszy dar od losu. I może właśnie dlatego, w jej życiu nigdy nie było żadnego mężczyzny. A Norman był teraz tak blisko, tak życzliwie na nią spoglądał. Umilkł, jakby wyczuwając, wokół czego krążą myśli Nadine. Był teraz tak blisko, a dziewczyna zafascynowana patrzyła na jego usta. Dlaczego nie? Chociaż raz, żeby odejść z tego świata z naprawdę pięknym wspomnieniem.
Nadine otrząsnęła się. Nie, za żadne skarby tego nie chciała zrobić. Nie chodziło nawet o to, że młodej dziewczynie nie przystoi spoufalać się z dopiero co poznanym mężczyzną. Ona po prostu nie chciała wciągać go w swój świat. Świat pełen koszmarów sennych i złych wspomnień. Nie, nie tego sympatycznego,młodego człowieka, którego życie dopiero się zaczyna. Odsunęła się od Normana i wstała, czym zapewne go zdziwiła. Jednak chłopak nie dał tego po sobie poznać. Wracali do wioski w kłopotliwym milczeniu.
Nadine zatrzymała się gwałtownie.
- Mówiłeś coś o pewnej bardzo starej kobiecie, która zna dokładnie całe dzieje wioski – Nadine wbiła uważne spojrzenie w Normana.
- Tak, mieszka tam – chłopak odwrócił się i wskazał na biały dom, otoczony krzewami czerwonych róż – Chcesz z nią porozmawiać?
Nadine tylko skinęła głową i zawróciła.
Pani Jenborough, bo tak się nazywała, była jak na owe czasy leciwą staruszką – dobijała już do setnej wiosny. Z uśmiechem powitała gości, a zwłaszcza Normana, który chyba w każdym mieszkańcu wioski wzbudzał sympatię. Kobieta zaprosiła ich do środka. Nadine i Norman usiedli razem z nią przy niewielkim stole kuchennym. Dziewczyna z uśmiechem oglądała wiszące nad nimi pęki suszących się ziół.
- Czegóż to panienka chce ode mnie wiedzieć? – kobieta zmrużyła pokryte bielmem oczy, nie bardzo wiedząc, w którą stronę spojrzeć.
- Czy pamięta pani, do kogo należał dom, który spłonął? Ten na końcu wsi – Nadine musiała spleść palce, by ukryć drżenie dłoni, wywołane zniecierpliwieniem.
- Ten z alejką? – zaskrzeczała pani Jenborough – Tak, pamiętam moje dziecko, pamiętam. To był dom hrabiego Rutlanda. Dziwny był to człowiek.
- Dlaczego?
- A bo… – staruszka podrapała się w głowę – Bo on to przesiadywał przed tą swoją chałupą i tkał.
Nadine drgnęła gwałtownie. Wstała gwałtownie od stołu, o mało nie przewracając krzesła. Norman spojrzał na nią z nieukrywanym zdziwieniem.
- Dziękuję pani bardzo – Nadine, delikatnie uścisnęła dłoń staruszki – Teraz muszę iść. Mgła pojawia się o poranku, tak? – zwróciła się do Normana. Chłopak tylko skinął głową.
- Nie zostaniesz na herbacie? – zapytała staruszka, a Nadine wyczuła w jej głosie nutkę żalu – nic dziwnego, panię Jenborough rzadko kto odwiedzał.
- Przykro mi, nie. Może jutro – Nadine uśmiechnęła się przepraszająco. Kiedy razem z Normanem zmierzała do wyjścia, usłyszała chrapliwy szept staruszki.
- Ty już tutaj nie wrócisz. I dobrze o tym wiesz…
Po raz pierwszy w życiu, ciałem Nadine wstrząsnął lodowaty dreszcz.

Mgła zaczynała gęstnieć, zalewając alejkę, krwistą czerwienią, promieni wschodzącego słońca. Nadine już czekała. Znała już imię tego, z kim musiała się zmierzyć, a zatem mogła podjąć z nim walkę. Na razie czekała, spoglądając na delikatne sploty mgły, wijące się wokół jabłoni, niczym macki morskiego potwora. Dziewczyna podeszła do jednego z drzew i zerwała jabłko. Było takie jak ona – małe, zniekształcone, o ciemnej, chorobliwie wyglądającej skórce. Było brzydkie, bo dzikie, obce. Tak jak Nadine. Dziewczyna z cichym westchnieniem wgryzła się w jabłko. Kwaśny smak przywrócił wspomnienia i chociaż raz były to szczęśliwe wspomnienia. Nadine czekała.
W końcu, w miejscu, w którym urywały się ślady dziecięcych stóp, Nadine dostrzegła cień. Powoli formował się w mlecznobiałej mglę, coraz bardziej przypominając sylwetkę człowieka. Nadine podeszła bliżej. Sięgnęła myślą do samego centrum swojej siły, otarła się o to co stanowiło jej prawdziwe ja. “Hrabia Rutland”, przemknęło jej przez myśl. W ustach poczuła metaliczny posmak krwi. Z nadgryzionego jabłka spłynął sok, gdy trupio blada Nadine zacisnęła kurczowo ręce. Wpadła w trans, spiesząc na spotkanie kolejnej wizji. Obrazy przemykały przed jej zaciśniętymi powiekami, pulsując jaskrawymi barwami. Z szumu zmieszanych ze sobą głosów, wyłuskała kwilenie niemowlęcia i kobiecy głos. Przez twarz Nadine przebiegł skurcz. “Nie! Hrabia Rutland!”, zganiła samą siebie, gdy jej myśli powędrowały do domu dziecka, w którym dorastała.
W końcu Nadine ujrzała dom. Był cały pomalowany na biało, a ściany oplatał ozdobny bluszcz. Przed domem siedział mężczyzna i tkał. Ubrany był w strój z poprzedniej epoki, bogaty, pełen ozdób. Dookoła niego biegała roześmiana dziewczynka, a niesforny szczeniak, wczepiał się ząbkami w skraj jej sukienki. Dziewczynka była łudząco podobna do mężczyzny. Wszystko zawirowało, dom i okolicę spowiła gęsta mgła. Nadine dostrzegła tego samego mężczyznę i jeszcze kilku innych ludzi, nerwowo poruszających się po obejściu. Mężczyzna coś krzyczał. Kogoś wołał? Tak, to imię… Nadine, skupiona do granic możliwości wsłuchiwała się w szum. Mężczyzna coraz bardziej zrozpaczony, krzyczał, próbując dojrzeć coś we mgle. W końcu usłyszała. “Josephine”…
Wróciła. Jabłko upadło, a ją otaczała jeszcze gęstsza mgła. Padła na kolana, czuła, że materiał sukni klei się do jej pleców, po twarzy spływały jej strużki potu. Ale wiedziała co ma robić.
Podeszła bliżej, powoli, by nie spłoszyć upiora. Siedział tam, gdzie się pojawił. Nadine wiedziała, że musi to rozegrać zanim upiór zacznie wołać. Wtedy kolejne dziecko z wioski zginie. Postąpiła kolejny krok. Teraz stała tuż przed upiorem. Spojrzał na nią pustymi, pozbawionymi tęczówek oczami, jego twarz była tak blada, że prawie zlewała się z mgłą. Dopiero po chwili, Nadine dostrzegła ranę na jego piersi. Powoli wyciągnęła rękę.
- Tatusiu… – szepnęła, a upiór wbił w nią spojrzenie – Tatusiu, to ja.
- Josephine? – ledwo usłyszała jego głos. A właściwie echo jego dawnego głosu.
Nadine na moment zacisnęła powieki. Wiedziała, że to koniec.
- Tak tatusiu, to ja. Wróciłam, cieszysz się?
Z daleka dobiegło ją wołanie. Wiedziała, że Norman przyjdzie jej pomóc. Cieszyła się, że się spóźnił.
- Josephine! – zawył upiór i rzucił się ku Nadine. Dziewczyna z uśmiechem rozłożyła ramiona, czekając na śmierć…

Mieszkańcy odetchnęli. Mgła rozwiała się błyskawicznie, a żadne z dzieci nie zginęło. Nawet ci, którzy utracili swoje pociechy, radowali się tego dnia razem z innymi.
I tylko jeden młody mężczyzna wędrował powoli alejką obsadzoną jabłoniami. W rękach trzymał niewielki bukiecik polnych kwiatów. Ślady stóp zniknęły, zrozpaczony nie wiedział, gdzie złożyć kwiaty. Oberwał po kolei barwne płatki i przechadzając się powoli alejką, rozsypywał je na ziemi. Jego myśli zajmowało tylko jedno pytanie: dlaczego nie odpowiedziała, gdy ją wołał? Tylko on miał zapamiętać Nadine.
Szalona Nadine – czym była…?

~ - autor: Marta w dniu 22 luty 2009.

Jedna odpowiedź to “Dzikie Jabłonie”

  1. Smutne i wzruszające zarazem. Ostatni akapit najbardziej mi się podobał. Nostalgiczny i nieco romantyczny, w sam raz jak dla mnie. Ogólnie całość świetna, powiedziałabym – jak zawsze, ale to podobało mi się o wiele bardziej niż ostatnie opowiadanie o Tuuli. Ale ja to ja, a oba są dobre :)

    I jak dalej będziesz dodawać opowiadania tak szybko, to całe dnie będę spędzać na czytaniu! xD

Dodaj komentarz